Przejdź do głównej zawartości

Zacznę od budżetu domowego, czyli ekonomista za dychę w 2018 roku


Od połowy grudnia zastanawiałem się w którą stronę powinienem dalej pójść z blogiem. Chęć nagrywania własnego podcastu była na tyle silna, że każde kolejne rozpoczynanie pisania artykułu kończyło się fiaskiem – przecież mógłbym to opowiedzieć, a dzięki temu trafić do wszystkich tych, którzy po prostu nie mają czasu na czytanie długich tekstów. Z drugiej strony, bardzo lubię pisać..
W międzyczasie równolegle odpaliliśmy z kolegą z pracy podcast „W Nurcie Sprzedaży”, w którym, jak sama nazwa mówi, dyskutujemy o procesie sprzedaży i szeroko o wszystkim, co związane z pracą z klientem, czyli tym, czym się zajmujemy na co dzień. Audycje wypuszczamy regularnie co tydzień, a wszystkim – nagraniami, sklejaniem, poprawkami itp. – zajmujemy się sami, co przy pracy na pełen etat pochłania bardzo dużo wolnego czasu.
Dodatkowo, mój dwumiesięczny syn też nie ułatwia organizacji czasu – jego rytm dobowy nie jest tak dobrze poukładany jak nasz i ciężko jest przewidzieć, w jakich godzinach dzisiaj zamierza być bardziej zajmujący niż zwykle :) Wszystko razem złożyło się na absolutny brak czasu, przez co zgodnie z „jedną rzeczą” z czegoś musiałem zrezygnować, żeby robić coś innego. Padło na artykuły.
Ale.. niejako z pomocą do poukładania sobie pewnych rzeczy w głowie przyszedł.. hmm.. mój mentor od zarządzania finansami osobistymi? Nie wiem czy można tak go nazwać, ale mniejsza o nomenklaturę – chodzi o Marcina Iwucia i jego blog „Finanse bardzo osobiste”. Marcin w artykule „WIZJA, KTÓRA MNIE USKRZYDLA. MA TO SENS, CZY „ODLECIAŁEM”?” poruszył we mnie coś, dla czego zdecydowałem się założyć bloga. Chciałem dzielić się swoją wiedzą, żeby Ci, którzy będą czytać moje wpisy, mogli wyciągnąć wnioski z moich błędów i nie popełniać ich w swoim życiu. Górnolotne? Możliwe, ale nadal daje mi dużo satysfakcji, gdy ktoś słucha tego, co mam do powiedzenia i z moich „rad” wyciąga coś dla siebie i zaczyna wdrażać na co dzień.
Tak więc, Marcinie – po raz kolejny dziękuję :) Dzięki Tobie podjąłem decyzję, że będę dalej kontynuował dzielenie się moją wiedzą i doświadczeniem w sprawach związanych z rozsądnym podejściem do zarządzania własnymi finansami, poniekąd wspierając Cię w Twojej misji, dokładając swój mały kamyczek do procesu edukacji Polaków. A za ileś tam lat, zgodnie z obietnicą, napijemy się whisky w fotelu / altanie w ogrodzie ;)
A czy to będą teksty pisane czy słowo mówione – niech wyjdzie samo, naturalnie, bez presji.

Znowu ten budżet?

No tak, znowu ten budżet domowy. Wiem, już chyba wszyscy powiedzieli o tym wszystko, co tylko dało się powiedzieć. I co? Wszyscy zaczęli skrupulatnie spisywać swoje wydatki, kategoryzować, planować, oszczędzać itp.? Nie sądzę..
Powiedzmy, że wiodący blogerzy finansowi w Polsce (jeśli tak mogę Was określić) trafiają łącznie do miliona odbiorców i niech nawet ten milion wziął sobie ich porady do serca i zaczął prowadzić budżet. Gdzie pozostałe kilkadziesiąt milionów? Jeszcze zostało tyle do zrobienia u osób, które już utrzymują się same, a przecież na rynek pracy co rok wchodzą kolejne osoby, które również w procesie edukacji nie otrzymały odpowiedniego wsparcia w tym temacie.

A przecież budżet domowy to podstawa, od niego wszystko się zaczyna. Dlatego ten właśnie wpis, pierwszy artykuł w 2018 roku, choć pierwotnie miał być pierwszym podcastem, będzie ponownie wałkował temat prowadzenia budżetu. Ale żeby nie kopiować wypowiedzi przedmówców, tradycyjnie w moim stylu, będzie oparty na moich osobistych doświadczeniach. Może trochę przydługi ten wstęp, ale jeśli dotarłeś aż tutaj, liczę że dotrwasz również do końca tego artykułu :)

Jak się żyje bez kontroli wydatków

Rozmawiałem kiedyś z przyjacielem o tym, jak udało mi się wyjść z bardzo trudnej sytuacji finansowej, jaka mnie spotkała kilka lat temu (a raczej do której sam się doprowadziłem). Zadał mi jedno pytanie: „prowadziłeś wtedy budżet?”. Gdy zaprzeczyłem stwierdził: „stary, w tak ryzykowne aktywa nawet ja bym nie wszedł”. Podczas tamtej rozmowy nie do końca zrozumiałem, co chciał mi przekazać – przecież doskonale poradziłem sobie nie prowadząc budżetu domowego.
Zrozumiałem sprawę trochę później, gdy (po roku regularnego spisywania wydatków) oszacowałem, ile musiałem wtedy wydawać, skoro zarabiałem całkiem sporo, koszty stałe nie były jeszcze tak wysokie, a mimo to na koniec miesiąca nie zostawało mi nic lub schodziłem pod kreskę. Złapałem się za głowę i kolejny raz przypomniałem sobie słowa: „prowadzenie budżetu jest mówieniem swoim pieniądzom dokąd mają iść, zamiast zastanawiania się, gdzie się rozeszły”. I rzeczywiście, gdybym miał teraz powiedzieć na co wtedy wydawałem wypłatę, miałbym z tym bardzo duży problem. Po prostu się gdzieś rozchodziła. Jeśli czytałeś mój artykuł: „Po co oszczędzać systematycznie?”, pamiętasz pewnie, że gdybym wtedy zaczął kontrolować swoje wydatki, a tym samym regularnie oszczędzać, dziś nie miałbym żadnego problemu, żeby kupić za gotówkę dobre mieszkanie w centrum Wrocławia.

Pierwszy nienajlepszy

Co się stało, że stworzyłem tabelkę w Excelu i zacząłem do niej wrzucać kwoty z paragonów? W zasadzie nic. Wspomniany już wcześniej przyjaciel powiedział mi „spróbuj, będziesz zaskoczony efektem”. I nic więcej. No to spróbowałem. I byłem zaskoczony efektem.. i to jak!! A konkretniej byłem załamany ilością pieniędzy, która schodzi z konta podczas zwykłych codziennych zakupów. Szczególnie uderzyły mnie pozycje, które nie były zaspokojeniem podstawowych potrzeb życiowych, a stanowiły największy udział w wydatkach. Jednym słowem – przepalałem pieniądze na zachcianki. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że byłem wtedy kilka miesięcy bez stałego źródła dochodu i zamiast zacisnąć pasa, i wejść w tryb standby, żeby nie zjadać zgromadzonych oszczędności, szalałem pomiędzy regałami sklepowymi, jakby nigdy nic. Gdy dodałem do tego bardzo zawyżone koszty stałe, doszedłem do wniosku, że wydaję miesięcznie więcej, niż kiedykolwiek zarabiałem. A przecież nie pracowałem, nie miałem żadnego regularnego wpływu na konto. Nie mogłem w to uwierzyć. Jednak pomimo tego, że było to bardzo mocne uderzenie w potylicę, dałem sobie jeszcze jeden miesiąc takiego życia, żeby się przekonać czy na pewno wszystko dobrze wpisałem. Rozumiecie? Zamiast wyciągnąć wnioski i od razu wprowadzić zmiany, przepaliłem kolejny miesiąc tylko po to, żeby się upewnić, że na pewno go przepalę. Siła kilkuletniego nawyku była tak silna, że nawet mocna liczba nie była wstanie mnie z niego wyrwać.
Ostatecznie.. zakończyłem prowadzenie budżetu po drugim miesiącu, bo.. podjąłem nową, dobrze płatną pracę. I nic się nie zmieniło. No prawie nic. W głowie jednak została zaszczepiona myśl, która wykiełkowała jakieś pół roku później.

Drugie podejście

Budżet, który (po drobnych poprawkach) mam do dziś, zacząłem świadomie prowadzić dopiero po kilku wydarzeniach, które (jak mawia moja partnerka) odwróciły moje życie o 360 stopni ;) Decyzja o ponownym spisywaniu wszystkich wydatków była niejako wymuszona przez ówczesną sytuację finansową – po prostu musieliśmy chwilowo „zacisnąć pasa” i wyciąć do kości wszelkie wydatki, które nie tworzyły kategorii tych niezbędnych. Okres ten trwał krótko, ale dobry nawyk został.
Obecnie ruszył trzeci rok nieprzerwanego prowadzenia przeze mnie budżetu domowego, czyli spisywania absolutnie wszystkich kosztów, kategoryzowania i, co najważniejsze, planowania przyszłych wydatków. Co prawda, nie robię już tego każdego dnia jak na początku – czasem mam nawet dwutygodniowe luki w tabelce, ale cały proces prowadzenia budżetu na tyle silnie zakorzenił się w mojej głowie, że potrafię go prowadzić bez użycia excella.
Dzisiejszy budżet również różni się od pierwszego ilością kategorii – pierwszy miał ich aż 12, obecnie wystarcza mi 7. Decyzję o łączeniu kategorii podejmowałem w trakcie, w związku z na tyle niskimi wartościami niektórych kategorii, że nie było sensu ich wydzielać w osobnej kolumnie. No i posiada zdecydowanie mniej kolorów niż pierwsze tabelki ;)

Korzyści

W zasadzie od tego powinienem zacząć pisanie tego artykułu – możliwe, że po moich „życiówkach” nikt już tu nie dotrze ;) Z tymi, którzy jednak nadal czytają ten tekst, wypada podzielić się korzyściami z prowadzenia domowego budżetu. Poniższe punkty są oczywiście moją subiektywną oceną przydatności tego procesu, ale może i Tobie przypadną do gustu i zachęcą do spisania wydatków pierwszego miesiąca :)

1. Wiem, ile i na co wydaję

Myślę, że to podstawowa korzyść z tego, że chce nam się spisywać poszczególne wydatki w konkretnych kategoriach. Oczywiście po pierwszym miesiącu nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, że na artykuły chemiczne wydajemy na przykład 200 zł – w jednym miesiącu mogliśmy przecież zrobić zapas, korzystając z jakiejś promocji lub nie kupować danego produktu, bo mieliśmy zapas z poprzedniego miesiąca. Ale już na przykład suma wydatków w danym miesiącu w kategorii „używki” jeśli ktoś pali lub gustuje w dobrych trunkach, może wywołać pewne zaskoczenie i pierwsze refleksje.
Poziom miesięcznych wydatków jest też dobrą wypadkową do ewentualnej zmiany pracy czy tez negocjowania warunków aktualnego zatrudnienia – jeśli wiemy, ile nas kosztuje życie, wiemy też, ile powinniśmy zarabiać, żeby na wszystko spokojnie starczyło.

2. Wiem, gdzie mogę przyciąć wydatki

Dla osoby, która lubi mieć kontrolę nad swoimi pieniędzmi, naturalnym krokiem po poznaniu wartości z pierwszego punktu, powinna być decyzja, na co wydaję najwięcej (lub zaskakująco dużo) i ile mogę w tej kategorii zaoszczędzić.
Pewnie wielu z Was powie teraz, że są pewne wydatki, na których nie da się oszczędzić, jak na przykład jedzenie, komunikacja miejska itp. Otóż.. i tak, i nie :)
Co do komunikacji miejskiej, faktycznie ceny biletów są narzucone przez miasto i nic z tym nie jesteśmy w stanie zrobić, ale czy rzeczywiście potrzebujemy biletu na wszystkie linie, skoro w 90% poruszamy się wciąż po tej samej trasie? Przykładowo, we Wrocławiu bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje ok. 100 zł, a na dwie linie 60 zł. W skali miesiąca niby tylko 40 zł, ale w skali roku daje to już kwotę prawie 500 zł. A czy rzeczywiście warto zapłacić te 500 zł za sporadyczne przejazdy gdzieś indziej, niż na co dzień?
Jeśli natomiast chodzi o wydatki na jedzenie, temat jest bardzo indywidualny. Ogólnie panuje przekonanie, że na czym jak na czym, ale na jedzeniu nie powinno się oszczędzać. Oczywiście się z tym nie zgadzam. Pamiętam siebie z czasów zanim zacząłem prowadzić budżet, brałem wtedy z półki produkt, którego po prostu potrzebowałem, nie patrząc na cenę. Często skutkowało to niemiłym zaskoczeniem przy kasie, po podliczeniu wszystkich towarów z koszyka. Równie często zdarzało się później wyrzucać ten bardzo potrzebny produkt, ale to inna historia. Wracając, teraz bardzo zwracam uwagę na ceny produktów, a dzięki danym z punktu pierwszego, jestem w stanie z dość dużą dokładnością stwierdzić, ile dany towar powinien kosztować i czy kupując go teraz, w tym sklepie przypadkiem nie przepłacam, jeśli mogę go w sklepie obok dostać zdecydowanie taniej. Również informacja o cenach produktów przydaje się w przypadku promocji, wyprzedaży, obniżek, cen dyskontowych itp. Często okazuje się, że towar, który mieni się żółtymi lub czerwonymi barwami etykiety wcale nie jest tańszy, niż dzień przed wejściem promocji. I tak dalej..
Tak więc, oszczędzanie na jedzeniu wcale nie musi oznaczać, że przestaniemy kupować szynkę za 30 zł i zaczniemy jeść mielonkę za 10 zł, bo pod tym względem faktycznie na jedzeniu nie warto oszczędzać ;)


3. Wiem, ile na tych cięciach oszczędzę

I ponownie, po zebraniu danych z 1. i 2. punktu, jestem w stanie stwierdzić, ile da mi wprowadzenie racjonalnego podejścia do zakupów i czy to się w ogóle opłaca, czy też nie warto w ogóle sobie tym zawracać głowy, bo kwoty są na tyle groszowe, że szkoda naszego czasu i energii. W tym przypadku również warto przełożyć sobie miesięczną kwotę na skalę roku (lub dłużej, jeśli mamy długoterminowe cele), bo wtedy dopiero kwota może zrobić różnicę. Dla przykładu, ponad rok temu podjęliśmy decyzję o odstawieniu czajnika elektrycznego na rzecz standardowego do kuchenki gazowej oraz zamontowaniu przy wszystkich urządzeniach listew zasilających, które wyłączamy jeśli nie korzystamy ze sprzętu (czyli wyłączamy tryb standby). Oszczędność, jaką uzyskaliśmy dzięki tym działaniom wyniosła ok. 20 zł na rachunek prądu, czyli co dwa miesiące. Niby nie dużo, jednak w skali roku daje to kwotę ok. 120 zł oszczędności na samym prądzie. Nadal mało? To ponownie przytoczę moje ulubione stwierdzenie, wyjdź w sylwestra na balkon, wyjmij z portfela 120 zł i wyrzuć przed siebie :) A tak naprawdę, ta oszczędność nie kosztuje nas nic, poza pamiętaniem, aby wyłączyć listwy i poczekaniem chwilę dłużej na przegotowaną wodę.
Podałem przykład oszczędności tylko na jednym koszcie stałym, jeśli chciałbyś wiedzieć, ile można zaoszczędzić na każdej kategorii, powiem Ci, że biorąc do porównania dane z pierwszego budżetu sprzed 3 lat, a obecnego, poziom wszystkich kosztów zmniejszył się o blisko 50%, a konkretnie o kwotę ok. 1000 zł. Rocznie daje to 12000 zł. Czy to już robi różnicę?
Można wysnuć wniosek, że takie oszczędności z pewnością zostały obkupione potwornymi wyrzeczeniami.. ale tak nie jest. Nadal żyjemy w porównywalnym standardzie, po prostu bardziej racjonalnie podchodzimy do wydawania pieniędzy. Mamy świadomość, że nie wszystko jest niezbędne do życia i wiele pieniędzy przepalaliśmy na kaprysy i zachcianki, a teraz dzięki temu możemy sobie sfinansować rzeczy, które są dla nas naprawdę ważne.

4. Wiem, na co przeznaczyć te oszczędności

Oszczędzanie bez celu nie ma sensu – w większości przypadków po prostu się rozsypuje prędzej lub później. Ale sam cel to nie wszystko. Co z tego, że postanowimy sobie uzbierać 10 tys. na wakacje w przyszłym roku, jak miesięcznie odkładamy po 300 zł? Odwracając tę sytuację, jeśli z danych wyjdzie, że dzięki cięciom jesteśmy w stanie „wyprodukować” dodatkowe 500 zł miesięcznie, możemy sobie ustalić cel na przyszły rok o wartości 6 tys. większy i wiemy, czym ten cel sfinansujemy.
Łatwo jest powiedzieć, że za oszczędności z rzucenia palenia kupię sobie.. coś. Ale, ile tak naprawdę przepalasz co miesiąc? Między 100 a 200 zł. To bardziej 100 czy bardziej 200, bo rocznie daje to albo 1200 albo 2400 zł. Tym samym będziesz wiedział czy będziesz mógł kupić sobie na przykład średnio półkowy smartfon czy już flagowca. A często takie wizualizacje potrafią utrzymać postanowienie.
Podsumowując, dzięki prowadzeniu budżetu jesteśmy w stanie znaleźć pieniądze na finansowanie zupełnie nowych, dotąd pozornie nieosiągalnych celów.

5. Poznaję prawdziwą wartość produktów i usług

Już o tym wspomniałem wcześniej, ale myślę, że warto to podkreślić. Dzięki temu, że spisuję wydatki – zaczynam patrzeć na ceny. Jeśli patrzę na ceny – zaczynam je zapamiętywać. Jeśli mam w głowie ceny produktów z różnych „półek” – jestem w stanie szybko porównać czy opłaca się coś kupić, czy lepiej te pieniądze przeznaczyć na coś innego, co będzie dla mnie bardziej wartościowe. A przecież zakupy to sztuka wyboru, a wybór.. no cóż, mówi się, że to możliwość wyboru stwarza problemy i rzeczywiście coś w tym jest. Póki nie mamy tyle pieniędzy, że możemy przestać zastanawiać się czy teraz mam kupić to, czy coś innego, musimy nauczyć się z tym problemem wyboru jakoś radzić. Chociaż.. tak myślę, że jak już osiągnę finansową emeryturę i będzie mnie stać na zaspokojenie wszystkich potrzeb mojej rodziny, to i tak raczej nie zmienię tego nawyku i nie będę przepalał pieniędzy na lewo i prawo. Kiedyś miałem już taki etap (choć teraz wiem, że to nie był ten moment, w którym mogłem sobie na to pozwolić) i szczęścia mi to nie dało. Co najwyżej, na chwilę podnosiło trochę samopoczucie. Ale to temat na inny wieczór ;)

6. Zmienia myślenie i podejście do decyzji finansowych

A jednak na dzisiejszy wieczór ;) Nie da się ukryć, że odkąd prowadzę budżet, inaczej wydaję swoje pieniądze. Bardzo odkrywcze, prawda? A jednak – spróbuj, a sam się przekonasz, że tak właśnie jest. Na co kiedyś przeznaczałem swoje wynagrodzenie? Głównie na przyjemności: nowy komputer, nowy telefon, nowy telewizor, nowa wieża hi fi (czy ktoś teraz pamięta jeszcze to pojęcie? :) ), telewizja w full pakiecie (choć oglądałem 3 kanały na krzyż), płyty CD lub DVD, które tylko ozdabiają półkę czy książki, których i tak nie przeczytałem. No ok., inwestycja w papierowe książki jeszcze nie była taka zła, pod warunkiem, że te zakupy nie byłyby realizowane z karty kredytowej. Już nawet nie wspomnę o jedzeniu zamawianym online lub w barach szybkiej obsługi czy jedzeniu w restauracjach na mieście. Słowem, same zachcianki.
Jak to wygląda teraz? Nie zrozum mnie źle, ale szkoda mi jest pieniędzy na powyższe rzeczy, skoro mogę je przeznaczyć na takie, które mają dla mnie prawdziwe znaczenie. Wiem, już kolejny raz pojawiło się w tym artykule (i nie tylko w tym) to stwierdzenie i możliwe, że patrzysz na mnie, jak na osobę do bólu racjonalną i pozbawioną wszelkiej spontaniczności. Oczywiście tak nie jest, nadal pozwalam sobie na kaprysy i zachcianki, ale mam to zaplanowane w budżecie ;) A na serio, po prostu wiem, ile mogę przeznaczyć na takie rzeczy, żeby później nie mieć kaca przez bezsensownie wydane pieniądze. I wiesz co? Najczęściej nawet nie podchodzę pod górny limit zabudżetowanej kwoty. Dlaczego?
Na pewno słyszałeś o badaniu, chyba już sprzed pół wieku, w którym dzieci miały wytrzymać kilkanaście minut nie jedząc postawionych przed nimi słodkości? Nagrodą dla tych, którzy wytrzymali było podwojenie ilości tych słodyczy. Wiele lat później okazało się, że te dzieciaki, które przeszły próbę, w życiu dorosłym osiągnęły więcej. I coś w tym jest. Jakkolwiek by to nie brzmiało, wolę odmówić sobie jakiejś drobnej przyjemności dziś, żeby mieć w przyszłości bliższej lub dalszej możliwość sprawienia sobie przyjemności zdecydowanie wyższej kategorii.
Innymi słowy, odkąd prowadzę budżet, „jarają” mnie inne przyjemności :)

7. Uczy Excela :)

Punkt trochę odklejony od pozostałych, ale w moim przypadku to prawda. I nie mam na myśli ani podstawowej obsługi arkusza kalkulacyjnego, bo tę umiejętność posiadałem wcześniej, ani też uczenie się bardzo zaawansowanych funkcji, bo te raczej nie są potrzebne. Chodzi mi o to, co lubię najbardziej, czyli funkcjonalności użytkowe.
Każdy mój kolejny kalkulator wydatków lub inny powiązany (np. do oszczędności, kosztów stałych itp.) z czasem zaczynał żyć własnym życiem. W trakcie używania pojawiały się nowe potrzeby, takie jak autoprzenoszenie wartości pomiędzy kalkulatorami, wyciąganie średnich z różnych okresów, możliwość porównywania różnych wartości itp., dzięki którym mogłem wyciągnąć z wpisywanych liczb coraz więcej danych przydatnych przy planowaniu kolejnych budżetów. Zgodzę się, że są to podstawowe funkcje Excela, ale z doświadczenia wiem, że wiele osób (niestety również na stanowiskach, na których Excel powinien być warunkiem zatrudnienia) nawet takich nie potrafi stworzyć tak, żeby były funkcjonalne i dawały rzeczywistą korzyść.
Z drugiej strony, jak już pisałem wcześniej, ilość tabelek i kolumn po początkowej fazie rozbudowywania, z czasem zaczęła się zmniejszać. Jednocześnie nie ucierpiała na tym ilość danych dostarczanych jako feedback wpisywanych kwot. Mnożyć raporty w pracy na pewno każdy doskonale potrafi ;) Jednak bardziej cenną umiejętnością jest wycięcie wszystkich niepotrzebnych tabelek i pozostawienie tylko tych, które niosą realną wartość.
Rozumiem, że nie każdy musi się pasjonować liczbami w tabelkach jak ja ;) Ale wierz mi, na liczbie opiera się świat. Liczba najczęściej jest podstawą do podejmowania wszystkich najważniejszych decyzji w skali globalnej, więc wszystko jest do niej sprowadzane, ze względu choćby na możliwość porównania dwóch rzeczy. Tak więc, w dużym skrócie, kto ma liczbę, ten ma władzę :)

Jak zacząć?

Sposobów prowadzenia budżetu domowego oraz gotowych tabelek w sieci jesteś w stanie znaleźć tyle, ile tylko sobie wymarzysz. Nie każdy jednak będzie odpowiadał Twoim potrzebom.
Z czystym sumieniem mogę polecić Ci narzędzia, które oferuje wspomniany już wcześniej Marcin Iwuć na blogu Finanse Bardzo Osobiste, a także Michał Szafrański z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze.
Żeby nie było, że robię tylko kolegom reklamę ;) dam Ci też kilka porad od siebie – będą to rzeczy, które mi pomogły zacząć prowadzić budżet, wytrwać w działaniu i rozwinąć go w stronę moich potrzeb.

1. Zastanów się, dlaczego miałbyś zacząć spisywać swoje wydatki i co dałoby Tobie (konkretnie Tobie) poznanie ich wartości, struktury oraz co mógłbyś z tymi danymi zrobić? Jeśli nie jesteś w stanie wymyślić choćby jednej konkretnej odpowiedzi na to pytanie, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie przetrwasz pierwszego miesiąca. Kilka sugestii znajdziesz na moim blogu, ale niech to będzie coś, co wyjdzie od Ciebie.

2. Na początku zapomnij o jakimkolwiek planowaniu – to nie ma sensu, bo szybko się zniechęcisz niemiłym zaskoczeniem. Stwórz prostą tabelkę, naprawdę bardzo prostą, zawierającą koszty stałe (czynsz, prąd, telewizja, Internet, komórki, raty itp.) oraz koszty zmienne (spożywka, chemia, komunikacja, przyjemności itp.) i po prostu zacznij spisywać wydatki. Zbieraj paragony w sklepach oraz spisuj wydatki w notesie, jeśli wydajesz pieniądze w inny sposób. Po prostu zacznij.

3. Na początku spisuj wszystko codziennie. Niestety samodyscyplina jest w tej materii bardzo potrzebna, bez tego po prostu się nie uda. Zrób z tego nawyk. Zebrane paragony kładź zawsze w tym samym miejscu, najlepiej takim, które będzie „kłuło w oczy” – wtedy będziesz czuł przymus, żeby coś z tym zrobić. Jeśli już wejdziesz w rytm, możesz sobie pozwolić na spisywanie co kilka dni, później co tydzień. Sam będziesz wiedzieć, kiedy już będziesz mógł sobie na to pozwolić.

4. Zaokrąglaj końcówki, tak jak będzie Ci wygodnie. Na początku i tak będziesz gubił kwoty i wydatki nie będą Ci się spinać z tym, co masz w portfelu, więc różnica rzędu kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu złotych nie zrobi Ci różnicy, a będzie Ci się łatwiej wszystko spisywać. Ja obecnie zaokrąglam do pełnej złotówki, ale był też taki okres, gdzie zaokrąglałem do 5 zł, bo tak ładniej wyglądało :)

5. Nie zrażaj się tym, że coś Ci nie wychodzi – że zgubiłeś zakupy, czegoś nie zapisałeś, coś się nie zgadza, pierwsze budżety kompletnie się nie spinają. To całkowicie normalne. Ja pomimo tego, że pracuję nad tym już kilka lat, nadal mam „anomalie”. Nie da się zaplanować i zrealizować budżetu co do złotówki, ani nawet do 100 zł. Zawsze będzie jakieś odchylenie. Dlatego warto wytrwać cały rok i wyciągnąć średnią z pełnych 12 miesięcy – dopiero wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że planowany budżet będzie się jako tako spinał.

6. Nagradzaj się :) Tak jak w każdej pracy, w tej również musisz się nagrodzić za włożony trud. Przecież zaczynasz robić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłeś, co nie jest Twoją codziennością, nawykiem, przyzwyczajeniem. Oczywiście, jeśli wytrwasz i zauważysz już realne korzyści z prowadzenia budżetu, nagroda przyjdzie sama, ale do tego czasu Ty musisz zadbać o swoją motywację. W jaki sposób się będziesz nagradzać, to już indywidualna sprawa Ważne, żeby było to coś, co będzie dla Ciebie naprawdę nagrodą, a jednocześnie nie zaburzy liczby w tabelce ;)

7. Jeśli nie jesteś singlem, wkręć w to innych domowników. Jak sama nazwa mówi, budżet jest domowy i dotyczy wszystkiego, co się dzieje pod jednym dachem. Nie uda się, jeśli Ty będziesz wszystko skrupulatnie spisywał, a Twoja druga połowa dalej puszczać pieniądze w eter. Musicie działać razem, więc poważna rozmowa o finansach może okazać się niezbędna.

Podsumowanie

Widzę, że popełniłem chyba mój najdłuższy jak do tej pory artykuł. Tym bardziej, że nie ma tu żadnych obrazków, tylko sam tekst ;) Ale myślę, że nawet nie zbliżyłem się do wyczerpania tematu. Tak naprawdę tylko dotknąłem podstaw zarządzania finansami osobistymi i zostało jeszcze wiele do powiedzenia. Uważam jednak, że budżet jest absolutną podstawą, od której trzeba zacząć budowanie świadomości o własnych finansach – bez tego elementu ciężko dać kolejne kroki i nie poruszać się, jak w mgle. Trzeba znać liczbę :)

A Ty co sądzisz o tym temacie? Uważasz, że trud wkładany w dbanie o własne pieniądze się opłaca czy jest tylko dodatkową, niepotrzebną pracą? Chętnie poznam Twoją opinię na ten temat.
Jeśli miałbyś jakieś pytania lub chciałbyś, żebym rozwinął temat w którąś stronę – daj mi koniecznie o tym znać w komentarzu.

I oczywiście dziękuję, że dotarłeś do samego końca oraz mam nadzieję, że tekst był dla Ciebie wartościowy :)

Pozdrawiam i do następnego artykułu lub podcastu !

Komentarze

  1. Zabrakło mi tylko na koniec zamieszczenia twojego arkusza. Wiem, że zalinkowałes do dwóch czołowych blogów, sam używam własnego, który rózni się od tamtych ale działa dla mnie. Ciekawi mnie po prostu jak inni to robią i lubię wyciągać jakieś pomysły podpatrzone u innych.

    A jeszcze druga sprawa, prowadzisz budżet czy spisujesz wydatki? Od nieco ponad roku zacząłem spisywać wydatki (dało to fajną świadomość kontroli o czym piszesz w artykule), ale nie jestem w stanie zrozumieć co miałoby mi dać wprowadzanie sztywnych ram budżetowania (poza fajnie wyglądającymi tabelkami, lubię fajnie wyglądające tabelki), skoro po analizie swoich rocznych wydatków widzę, że są one racjonalne, mimo, że czasami zmienne z miesiąca na miesiąc (zakupy, tankowanie na przełomie miesiąca, większa ilość wyjść, wakacje itp.)

    W połowie wspomnianego okresu spisywania wydatków w poczciwym excelu, zacząłem używać stron, kóre ściągają moje transakcje z kont bankowych (innymi słowy sprzedając swoje dane za wygodę). Przez to ostatnio stałem się trochę leniwy i uzupełniam excelowy spis rzadziej, acz wciąż mam nadzieję, że wszystkie wydatki się w nim znajdują. Przewaga excela to bardziej nieograniczony dostęp do danych (nie wszystkie są dostępne na wspomnianej stronie), oraz pewność, że nie znikną wraz z jakimś updatem serwera. Ponadto łatwość w śledzeniu wydatków we wszystkich walutach w przeciwieństwie do rozwiązań online.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o czym mówisz, przynajmniej tak myślę, jeśli mylę to mnie popraw.

      Również jestem już na takim etapie, że nie musiałbym spisywać swoich wydatków tak skrupulatnie jak to robię a i tak trzymałbym się kwot "zabudżetowanych". Wynika to z pewnych nawyków, które zdąrzyły się wytworzyć w trakcie początków prowadzenia budżetu.

      Czy prowadzę budżet, czy tylko spisuję wydatki? W zasadzie mam postawiony budżet, do którego staram się dążyć - czasem mi się to udaje, czasem nie, w zależności od tego ile nieprzewidzianych wydatków wpadnie w danym okresie. Ale dzięki jednemu i drugiemu, po zamknięciu danego okresu, np. roku, jestem w stanie wyciągnąć wnioski, czy przesadziłem z kwotami planowanymi i po prostu nie dało się tego osiągnąć, czy jednak przesadziłem z wydatkami, bo np. pozwoliłem sobie na coś, co niekoniecznie było mi potrzebne, albo wydałem pieniądze pochopnie, na coś nietrafionego itp.
      Napewno trzymanie się czegoś na sztywno, w twardych ramach się nie uda - trzeba mieć margines błędu - takie życie :)

      Dzięki za obszerny komentarz :)

      Usuń

Prześlij komentarz