"Nie stać mnie na dziecko" - cz. 1


No i stało się. Wybił 35 tydzień, ginekolog prowadzący ciążę wydał skierowanie do szpitala w celu umówienia się na termin porodu. 8 miesięcy strzeliło w mgnieniu oka. Termin terminem, ale tak naprawdę wszystko „w rękach” dziecka, kiedy stwierdzi, że jest mu już za ciasno i czas przyjść na świat.
Niestety, w wielu przypadkach dopiero teraz zaczyna się gorączka zakupowa przyszłych rodziców. Wózek, fotelik, łóżeczko, ubranka i wszystkie akcesoria wymagane do wyprawki trzeba nabyć w ciągu kilku tygodni. Niby zakupy fajne, a rodzice pełni radości, że mogą dać swojemu dziecku wszystko, co najlepsze. Radość jednak często uderza o mega twardą ścianę w postaci cen artykułów dziecięcych, które (moim skromnym zdaniem) są z kosmosu.

Z doświadczenia wiem, że wielu przyszłych rodziców sięga wtedy po pożyczkę w swoim banku. I to niemałą pożyczkę – nieraz zdarzało się zamknąć kilkudniowy plan jedną umową (przy okazji nieźle ubierając klientów we wszystko, co tylko da się znaleźć w ofercie banku). Choć nie jestem z tego dumny, śmiało mogę potwierdzić, że przyszli rodzice to jedni z najbardziej wdzięcznych klientów – dla „dobra” swojego dziecka przestają się liczyć z wszelkimi kosztami.
A gdy jest już po wszystkim, z bólem na twarzy opowiadają znajomym, ile to pieniędzy musieli wydać, żeby kupić wszystko, co potrzebne. Majątek! A znajomi po takiej rozmowie wychodzą z jedną myślą – nie stać nas na dziecko.

Wybił 35 tydzień. Mój pierworodny może urodzić się lada dzień, tym bardziej, że według lekarza jest duże prawdopodobieństwo na poród przed terminem. Z powodu zakazu wykonywania zbędnych aktywności przez moją drugą połowę oraz braku rodziny w promieniu 200 km, większość obowiązków spadła na mnie. Uwzględniając więc to, że pracuję na pełnym etacie, powinienem teraz biegać spanikowany i brać wszystko, co wpadnie mi w ręce, a jest na liście zakupowej.

Rzeczywistość wygląda jednak tak, że siedzę sobie spokojnie przy laptopie, pisząc ten artykuł i popijając popołudniową kawkę. Mogę sobie na to pozwolić, ponieważ listę zakupów od kilku dni mamy już zamkniętą. Czy wydaliśmy na to majątek? Hmm.. patrząc na wydaną kwotę i porównując ją do pieniędzy, które otrzymamy z „becikowego” oraz zakładu pracy (choć i tak przegapiłem kwestię ubezpieczenia grupowego, o czym w jednym z kolejnych wpisów), to wygląda na to, że jeszcze na tym „zarobimy” ;)

Ile finalnie kosztowały nas przygotowania do narodzin potomka, jak to zrobiliśmy, że nie zrujnowało to naszego budżetu oraz jak wyglądał cały proces od planowania do realizacji - opowiem w kolejnych czterech odcinkach tego cyklu.

Jeśli temat Cię interesuje, zachęcam do subskrypcji bloga i/lub polubienia i obserwowania profilu na facebooku. Zapraszam również do pisania w komentarzu sugestii do kolejnych odcinków lub też pytań, na które mógłbym odpowiedzieć w kolejnych częściach.

Planuję publikować artykuły co tydzień, w każdą środę, więc trzymajcie kciuki, żeby syn wytrzymał do końca i ostatni wpis pojawił się jeszcze przed porodem :)

Do następnego!

Komentarze