Pułapka produktywności i inne błędy świeżaka


Chwila, w której to piszę, jest moim pierwszy kontaktem z blogiem od przeszło miesiąca. Ostatni artykuł, który opublikowałem był ponad miesiąc temu.
Pomyślisz zapewne, że skończyły mi się pomysły? Nie, mam ich cały koszyk (na jakiś rok wystarczy).
Może więc mi się znudziło? Też nie, blogować planuję na czas nieokreślony.
No to pewnie brakowało mi czasu! Ha! Każdy mógłby tak powiedzieć. Brak czasu to chyba najpopularniejsza wymówka w „procesie prokrastynacji”. Ale i tym razem Cię rozczaruję – czas miałem doskonale poukładany, plany działań ułożone perfekcyjnie i wszystko wpisywało się w moją „strategię życia” na najbliższe 18 lat (czyli do planowego przejścia na finansową emeryturę).
Dlaczego więc nie pisałem, pomimo tego, że głowę mam pełną pomysłów, czas zagospodarowany i ogromną chęć do rozwijania tego oraz kilku pobocznych projektów?



Jest godzina 7:00 rano, słońce na bezchmurnym (prawie) niebie zaczyna wpadać przez balkon, na którym pięknie czerwienią się liście bluszczu. Jest weekend, więc za oknem jest jeszcze dość cicho. Słychać tylko śpiew ptaków. Tylko wyjść na balkon, odetchnąć spokojem, popijając małą czarną.
Nic z tych rzeczy. Za godzinę wychodzę do pracy, w której spędzę cały dzień i wrócę, jak już będzie ciemno. Jutro powtórka. W głowie rodzi się pytanie: Panie Premierze, jak tu pisać bloga? ;)

Ale przecież nie wpływa to na mnie negatywnie, ponieważ mam swoje cele, do których mogę się odwołać. Mam swój plan, który podpowiada mi, że teraz jest czas na pracę, dzięki której mogę opłacić rachunki, a w inny dzień będę miał czas na spacer z rodziną, jeszcze w inny więcej czasu na rozwijanie swoich projektów itp. Wszystko elegancko rozpisane, łącznie z planem B i C, na wypadek, gdyby jakiś klocek układanki się rozsypał (a mówią, że jak coś może pójść nie tak, to na pewno tak się stanie).
Dlaczego więc pomimo tego, że wszystko toczy się zgodnie z założeniami, czuję, że w ogóle nie posuwam się do przodu lub posuwam się zbyt wolno, niż to sobie wyobrażałem?

Perfekcyjnie ułożony plan

„Mamo, tato zostaję blogerem” – tak pewnie brzmiałoby sparafrazowane oświadczenie na wzór Tomka Tomczyka, gdybym mieszkał z rodzicami. Nie mieszkam, więc brzmiało to raczej: „Kochanie, mam dość pracy w bankowości. Nie potrafię już cieszyć się z sukcesów na tym polu, a mój światopogląd i styl życia rozjechał się ze światem bankowców tak bardzo, że jedyne, co wynoszę z codziennej pracy to frustracja. Spróbuję zbudować swoją markę osobistą w Internecie za pomocą bloga, podcastów i innych kanałów, w których będę się czuł dobrze.”
Ale wiadomo, że nie da się tego zrobić w ciągu jednego dnia. 
Mój plan wyglądał więc tak:

1. Znaleźć w sieci 2-3 popularne blogi, które będę czytał regularnie i z zaciekawieniem, wyciągając z nich wszystko to, co czyni je popularnymi.

2. Dotrzeć do książek/materiałów o tematyce blogowania, publikowania tekstów w sieci, promocji, narzędzi itp.

3. Zredefiniować swoje cele życiowe i ułożyć długoterminową, spójną strategię.

4. Nauczyć się pracować z maksymalną efektywnością.

Realizacja pierwszego punktu poszła nad wyraz łatwo i jakby bez mojego wysiłku. Przyjaciel polecił mi pewnego bloga z zupełnie innym zamiarem – miałem wtedy etap intensywnej pracy nad swoimi finansami osobistymi (możesz o tym przeczytać w artykule: Po co oszczędzać systematycznie).
Tak się złożyło, że wsiąkłem w niego w całości. Jednocześnie uzyskałem dostęp do innych blogerów (influencerów), a także poznałem nowe narzędzie do komunikowania swoich treści – podcast.
Dzięki połączeniu czytania, kiedy mogłem i słuchania, gdy się przemieszczałem (a spędzałem wtedy dziennie ok. 2h w drodze do i z pracy) w krótkim czasie pochłonąłem ogromne pokłady skondensowanej wiedzy, pomysłów i zupełnie innego podejścia do życia prywatnego i zawodowego. Nie zdziwi więc nikogo fakt, że świadomie i podświadomie głowę wypełniła jedna bardzo mocna myśl – chcę być taki, jak oni.

Dzięki świeżości spojrzenia na dotychczasowe sprawy, bez problemu zrealizowałem również punkt 3, a że na blogach znalazłem także mnóstwo materiałów odnośnie produktywności, z pełną mocą przystąpiłem do działania.

Perfekcyjna realizacja planu

Wszystko toczyło się dobrze. Stworzyłem i (w miarę) ogarnąłem platformę Bloggera i kilka potrzebnych mi na początek wtyczek, a także Google Analytics oraz Tag Managera.
Pisałem posty, publikowałem i promowałem w paru miejscach. Pojawiły się lajki, kilka komentarzy – ktoś zaczynał to czytać. Super! Stwierdziłem, że idę dobrą ścieżką, więc czas podwoić wysiłki. Starałem się maksymalnie zoptymalizować tzw. wolny czas (czyli ten, który nie przeznaczałem na pracę etatową), żeby „sprawiedliwie” obdzielić go pomiędzy rodzinę, obowiązki domowe, rozrywkę, czas na sen i czas na tworzenie.
Zgodnie z podejściem „jednej rzeczy” i wdrażania metodologii GTD, systematycznie rezygnowałem z rzeczy, które były dla mnie mniej istotne na rzecz tych, które zgodnie z obecną hierarchią celów znajdowały się na szczycie listy. Zaangażowałem się w to wszystko tak bardzo, że przestałem już świadomie się zastanawiać, jakie działanie z listy podjąć, tylko działo się to jakby z automatu. Osiągnąłem maksymalną produktywność. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Perfekcyjne uderzenie w ścianę

Po napisaniu artykułu o kredycie gotówkowym i tym samym zakończeniu cyklu „bankowe abc”, poczułem coś w rodzaju wypalenia. Uznałem to za całkowicie normalne, więc dałem sobie kilka dni spokoju z pisaniem, pomimo tego, że miałem pomysł na kolejny cykl.
Oczywiście nadal „katowałem się” innymi podcastami – z każdego z nich wyciągałem przynajmniej jedną rzecz, która mogła mi się przydać teraz lub w przyszłości, więc stwierdziłem, że warto. Niestety, wraz ze wzrostem ilości pomysłów i sposobów na ich realizację, nie wzrastała ilość pisanych tekstów. Po dwóch tygodniach bez napisania słowa zauważyłem, że coś jest nie tak, jak powinno być.
Ponownie zweryfikowałem więc swój plan, rozdzielając go na kolejne płaszczyzny, które moim zdaniem były niezbędne do osiągnięcia głównego celu. Jednocześnie próbowałem rozbudować bloga od strony technicznej, co zajmowało mi bardzo dużo czasu, gdyż nie jestem specjalistą od „języków internetowych”. Ostatecznie, po kilku modyfikacjach i kolejnych kilku dniach bez zadowalającego rezultatu, rzuciłem wszystko w..

Dałem sobie tydzień urlopu, ale takiego prawdziwego – bez dotykania bloga swojego i innych, bez słuchania podcastów, bez oglądania kursów. W zasadzie przestałem również dotykać laptopa, czasem zajrzałem tylko na powiadomienia w telefonie, żeby mi dioda nie migała ;) Urlop to urlop.

(Nie)perfekcyjne rozwiązanie

Czy pomogło? Jak widać piszę. Ale jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby stwierdzić, że było to dobre posunięcie.
To, co na pewno widzę po sobie to fakt, że inaczej rozumiem kwestię ograniczonej ilości czasu i metody rezygnowania z niektórych rzeczy. Przestawił mi się również plan działania – z pięciu płaszczyzn zdecydowałem się wykreślić trzy. Wybrałem te dwie, które w mojej opinii będą obecnie najlepsze. Inaczej patrzę też na to, co i w jaki sposób chcę tworzyć oraz jaki ma to mieć przekaz.

Myślę, że wielu początkujących (nie tylko blogerów) znalazło się w podobnej sytuacji i przestało działać. Może ktoś z Was właśnie teraz jest w takim punkcie, albo będzie w nim za jakiś czas.
Pomimo tego, że (póki co;)) nie jestem autorytetem, chciałbym przekazać Ci kilka wniosków, które wyciągnąłem z tej sytuacji:

1. Słuchaj innych, ale rób po swojemu.

Czerpanie z osób, które przeszły już punkt, w którym jesteś i dzielą się z Tobą zdobytym doświadczeniem jest jak najbardziej wskazane, ale nigdy nie byli w dokładnie takiej samej sytuacji jak Ty, więc decyzje, które im pomogły niekoniecznie muszą pomóc Tobie.
Parafrazując zasadę Pareto, może zdarzyć się tak, że 80% działań, które im przyniosły sukces, Tobie mogą dać tylko 20% wyniku, co zapewne spowoduje u Ciebie frustrację (przecież on tak zrobił i zadziałało, a u mnie nic!). Odwracając te proporcje, spróbuj wyciągnąć tylko 20% z tego co mówią Ci inni, a resztę zrób po swojemu. To, co tworzysz, musisz być Twoje i nawet pomimo tego, że świadomie nie chcesz kopiować innych, podświadomie jednak możesz to robić.

2. Nie porównuj się z innymi.

Wiem, punkt już „oklepany” przez wszystkich, dlaczego jednak wciąż to robię?
Naprawdę nie ma sensu porównywać się z kimś, kto jest daleko, daleko przed Tobą, serio! Możesz wyznaczyć sobie cel: za x czasu będę tam gdzie on, ale to nigdy nie będzie dokładnie to samo miejsce, z dokładnie tą samą przebytą drogą. Każdy pracuje w innych warunkach, wychował się w innym otoczeniu, w innych czasach, przy innych możliwościach itp.
Zamiast się porównywać, pracuj nad nową jakością, pracuj nad sobą. Nie bądź taki sam, bądź inny i to podkreśl.

3. Zróżnicuj swoich influencereów.

Czytaj, słuchaj i oglądaj ludzi z różnych branż – daje Ci to możliwość poznania innych punktów widzenia i czasem zupełnie innego podejścia do pracy i radzenia sobie z przeszkodami.
To, że ktoś szyje rękawiczki, a Ty pracujesz w IT nie oznacza, że nie możecie czerpać wzajemnie ze swoich doświadczeń. Najlepiej jest spojrzeć na problem całkowicie z boku, a nawet zupełnie z „innej beczki”, dlatego też mastermindy często tworzą ludzie z pozornie niepowiązanych ze sobą dziedzin. Nie zawsze musisz otrzymać gotowe rozwiązanie, które w czystej formie będziesz mógł przełożyć na swoją działalność. Czasem wystarczy zalążek sposobu myślenia innej osoby, żeby zrodził się innowacyjny pomysł, który może odmienić Twoją twórczość.

4. Twórz plan wielopłaszczyznowy, ale działaj wąsko.

Nie jest błędem to, że w drodze do celu ustawisz sobie kilka obszarów, nad którymi praca Cię do niego doprowadzi. Błędem jest realizowanie tych wszystkich rzeczy jednocześnie. Tym, co spowodowało u mnie pewnego rodzaju frustrację było to, że działając jednocześnie na pięciu płaszczyznach nie posuwałem się w widoczny sposób w żadnej z nich. Po prostu nie widziałem efektów, które byłyby moim motorem napędowym do dalszego działania.
Rozbudowany plan jest dobry, bo daje alternatywy w działaniu i daje możliwość sprawdzenia co nam wychodzi najlepiej. Ale nie sprawdzimy tego, jeżeli na każdym polu będziemy się poruszać z prędkością żółwia. W ten sposób z dużym prawdopodobieństwem możemy zrezygnować z działania, nie dochodząc nawet do połowy drogi.

5. „Jedna rzecz”.

Wspomniane już wcześniej podejście z książki Gary’ego Kellera. Rozwinięciem poprzedniego punktu – jeśli zaczniesz coś robić na jednej płaszczyźnie, rób tylko to, dopóki nie skończysz. Inaczej będziesz rozpraszać swoją energię, niepotrzebnie ją tracąc na przełączanie się pomiędzy zadaniami.
Można na to patrzeć w perspektywie pracy tu i teraz (jeśli coś piszesz, odetnij się od wszystkich innych bodźców i „przeszkadzajek”, które mogą Cię wybijać z rytmu), a także w perspektywie realizacji kolejnych punktów planu (nie zaczynaj kolejnego punktu, dopóki nie zamkniesz wszystkich zadań z obecnego).

6. Daj sobie czas na złapanie oddechu.

Byłeś kiedyś w sytuacji, że robisz wszystko zgodnie z założeniami, realizujesz plan punkt po punkcie, przykładasz się do wszystkiego najlepiej jak potrafisz, a mimo to efekty nie są zadowalające? Wiele osób będąc w takim punkcie najprawdopodobniej popełnia ten sam błąd – pracując dużo i szybko, chce pracować jeszcze więcej i jeszcze szybciej. W ten sposób łatwo wpaść w pułapkę produktywności, gdy myślisz, że działasz już z maksymalną możliwą efektywnością, a jeszcze próbujesz wdrożyć zasłyszane gdzieś pomysły, z trudnością upychając je pomiędzy już napięty do granic możliwości harmonogram prac. Pędząc z taką prędkością łatwo jest nie zauważyć przeszkody.
Alternatywą takiego stanu rzeczy jest zatrzymanie się, stanięcie z boku i złapanie oddechu. Ale tak na poważnie – czasem po prostu musisz zatrzymać się całkowicie, wstrzymać realizację wszystkich zadań, żeby mieć możliwość spojrzenia na wszystko (w miarę) trzeźwym okiem. Dopiero wtedy jesteś w stanie dostrzec, dlaczego Twoja praca nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

Paradoks produktywności

Zdanie, które często można usłyszeć u trenerów produktywności, zarządzania sobą w czasie itp. brzmi: „work smarter, not harder”, czyli pracuj mądrzej, a nie ciężej.
Zaskakujące jednak jest to, że pomimo działania z taką dewizą, sam wpędziłem się w spiralę zadań, które wymagały ode mnie dużych nakładów pracy własnej, a nie kończyły się zauważalnym rozwojem moich projektów. Mógłbym rzec, że zwiększając swoją produktywność jednocześnie zmniejszałem efektywność.
Dzięki temu, że w porę (mam nadzieję) potrafiłem się zatrzymać, dostrzegłem fakt, że to tylko słowa, mające pewną definicję, która bardziej lub mniej trafnie określa to, co robimy i jak to robimy. Niestety lata pracy w bankowości wyrobiły u mnie nawyk mierzenia wszystkiego liczbą, wskaźnikami itp. Zawsze powtarzałem, że próba mierzenia kompetencji miękkich w sposób twardy nigdy nie będzie w stanie oddać pełni obrazu, a jednak wdrukowany kiedyś system działania był silniejszy. Nieświadomie sam na siebie zacząłem nakładać wskaźniki jakości pracy, myśląc, że to dobra droga, przez co sam sobie budowałem presję, od której przecież świadomie „uciekłem”, porzucając pracę, którą wykonywałem.

Wyszedłbym na hipokrytę, gdybym po takim tekście dalej robił to samo, więc w najbliższym czasie możesz spodziewać się pewnej zmiany na moim blogu. Czy to będzie dobra decyzja (aż ciśnie się na usta „dobra zmiana” ;) ) czas pokaże, ale jak mawiał pewien Albert „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”.


Jestem ciekawy jakie jest Twoje zdanie na temat maksymalizacji efektywności pracy? Miałeś podobne doświadczenia czy może w Twojej sytuacji było zupełnie inaczej? Podziel się proszę swoimi przemyśleniami w komentarzu.

Zachęcam również do subskrypcji bloga (nie wysyłam żadnego spamu) oraz polubienia profilu na Facebooku, żeby być na bieżąco z nowymi artykułami.

Cześć :)

Komentarze