"Bankowe ABC" - kredyt gotówkowy


Witam Cię w szóstej i zarazem ostatniej części z cyklu artykułów „bankowe ABC” – artykułów, w których przekazuję podstawową wiedzę na temat popularnych rozwiązań bankowości detalicznej.
Na koniec zostawiłem sobie produkt, którego każdy wolałby unikać jak ognia, a który ma większość z nas, czyli kredyt gotówkowy.


Z artykułu dowiesz się o:

1. Rodzajach kredytów
2. Parametrach kredytów
3. Ofertach „promocyjnych”
4. Ofertach dedykowanych

Zapraszam do lektury :)


Praktycznie w każdej ofercie banków możemy znaleźć pojęcie kredytu gotówkowego, konsolidacyjnego, hipotecznego, inwestycyjnego itp. Obszar, na którym chcę się skupić w tym artykule to tzw. kredyty konsumenckie.

Kredyt konsumencki (zwany często konsumpcyjnym) to według ustawy kredyt udzielany osobie fizycznej (nieprowadzącej działalności gospodarczej) w kwocie nieprzekraczającej 255 550 zł.
Ustawa o kredycie konsumenckim gwarantuje klientom kilka praw, m.in. podanie w zrozumiały sposób wszystkich kosztów zobowiązania, możliwość odstąpienia w wyznaczonym terminie, częściowej i całkowitej wcześniejszej spłaty czy też górną granicę kosztów odsetkowych i pozaodsetkowych, a także odsetek za opóźnienia w spłacie.

Do tej kategorii zaliczamy właśnie popularne kredyty gotówkowe, konsolidacyjne, ratalne i część kredytów celowych (w tym również częściowo hipoteczne).

Kredyt gotówkowy

Marketingowo zwany również pożyczką gotówkową czy kredytem konsumpcyjnym. Jest najbardziej popularną formą zadłużania się. Kwota kredytu może zaczynać się już od 500 zł, a jego dostępność jest z reguły bardzo wysoka – często wystarczy tylko dowód osobisty i oświadczenie o uzyskiwanym dochodzie i po 15 minutach możemy wyjść z banku z żywą gotówką.
Jest on najprostszą formą kredytowania. Ustalamy kwotę, która nas interesuje i ilość rat. Bank dodaje do tego swoje koszty i to wszystko. Spłata odbywa się w miesięcznych ratach o stałej wysokości i określonym terminie.

Nie musimy mówić na jaki cel pożyczamy pieniądze i w zasadzie poza kwestią statystyczno-marketingową banku to nie interesuje.

Kredyty gotówkowe stanowią lwią część przychodów każdego banku detalicznego, więc zawsze są produktem priorytetowym, na którego sprzedaż kładziony jest największy nacisk.

Kredyt konsolidacyjny

Produkt przeznaczony dla osób już posiadających jakieś zobowiązania, np. kredyty gotówkowe, karty kredytowe czy limity odnawialne.
Konsolidacja zadłużenia polega na połączeniu wszystkich (lub części) posiadanych zobowiązań w jeden większy kredyt. Najczęściej wiąże się to również z wydłużeniem okresu spłaty i tym samym zmniejszeniu wysokości miesięcznej spłaty.

„Konsole” są produktem bardzo kontrowersyjnym, ponieważ w większości przypadków zmniejszenie miesięcznego zobowiązania i wygoda w posiadaniu jednej raty zamiast kilku, okupiona zostaje wydłużeniem czasu spłacania i zwiększeniem łącznych kosztów kredytu.
Często jest sprzedawana właśnie pod przykrywką wygody i mniejszej raty, lecz równie często nikt nie mówi o tym, że podpisując kredyt konsolidacyjny płacimy odsetki od odsetek i prowizję od prowizji – przecież przy zobowiązaniach konsolidowanych zapłaciliśmy już prowizję i dużą część odsetek, a przy nowej umowie płacimy je ponownie.
Dodatkowo wydłużając okres spłaty o kolejny rok, dwa czy dłużej tak naprawdę decydujemy się na to, aby rok, dwa i dłużej płacić bankowi za to, że pożyczył nam pieniądze.
A dłużej znaczy więcej.

Z praktyki wiem, że konsolidacja opłaca się klientowi naprawdę w skrajnych przypadkach, kiedy rzeczywiście konsolidujemy zobowiązania, które zostały udzielone przy bardzo wysokich kosztach, a sama „konsola” jest udzielana w warunkach promocyjnych. W pozostałych przypadkach klient nieświadomie dopłaca do interesu.
Moim zdaniem, jedynym sensownym powodem podpisania kredytu konsolidacyjnego jest brak możliwości regularnej obsługi posiadanego zadłużenia i jedynym wyjściem z sytuacji jest zmniejszenie raty miesięcznej kosztem wydłużenia okresu spłaty.
Warto jednak trzymać rękę na pulsie, by w ten sposób nie wpaść w spiralę zadłużenia (mechanizm spirali opisałem w artykule "10 kroków do skutecznego zadłużania się").

Kredyt ratalny

Czyli popularne zakupy na raty. Często jest to pierwsza forma zetknięcia się młodego człowieka z obszarem kredytów. Kredyt ratalny działa na takiej samej zasadzie jak gotówkowy, z tym, że zamiast gotówki otrzymujemy wybrany w sklepie towar.
Kredyty ratalne najczęściej są jeszcze bardziej dostępne niż gotówkowe, ponieważ mają obniżone do minimum kryteria obliczania zdolności kredytowej. Często klient nie ma możliwości uzyskania kredytu w oddziale banku, natomiast ma możliwości wzięcia na raty – na przykład telewizora o wartości większej niż wnioskowana kwota.
Do tego sklepy często kuszą ratami 0% lub oprocentowaniem „symbolicznym” w porównaniu do pożyczek gotówkowych i równie szybkiej decyzji kredytowej.

Kredyty ratalne często są wykorzystywane do „bezpłatnego” budowania dobrej historii kredytowej w BIK, co później może być wykorzystane przy zawieraniu umów hipotecznych. Równie często jednak stają się pułapką, gdy kredytujemy zakup zbyt wielu produktów naraz.

„Modą” wśród zakupów na raty stało się udzielanie kredytów w karcie kredytowej, wydawanej przez bank kredytujący zakup. I choć parametry spłaty pozostają bez zmian, klient dodatkowo otrzymuje plastik ze zwiększającym się saldem do wykorzystania przy każdej miesięcznej spłacie.
Karta ta może w przyszłości być wykorzystana do kolejnych zakupów ratalnych, ale może też służyć jak zwyczajna karta kredytowa – a to już stanowi dość niebezpieczny instrument w rękach nieświadomego klienta (o zagrożeniach w płaceniu „kredytówką” przeczytasz w artykule „bankowe abc – karta kredytowa”).

Kredyt celowy

Jest to zobowiązanie funkcjonujące w podobny sposób do pożyczki gotówkowej, z tym, że jest udzielany na konkretny cel. Może to być zakup samochodu, remont, wycieczka czy cokolwiek innego, co tylko bank sobie wymyśli.
Kredyty celowe charakteryzują się tym, że bank obniża dla nich koszty, np. zmniejsza oprocentowanie o kilka punktów lub całkowicie zdejmuje prowizję.
Warunkiem uzyskania korzystniejszych parametrów jest udokumentowanie rzeczywistego przeznaczenia środków pochodzących z kredytu.
W przypadku pożyczek na remont czy wakacje sprawa jest dość prosta – wystarczy dostarczyć do banku fakturę w odpowiedniej wysokości na zakup materiałów budowlanych czy rachunek z biura podróży i bank „włącza” właściwą ofertę.

Inaczej sprawa wygląda przy kredytach samochodowych. Choć od kilku lat w polskiej bankowości zauważalny jest trend odchodzenia od klasycznej formy kredytowania zakupów pojazdów i upraszczania tej procedury, to jednak są jeszcze banki, które wymagają dodatkowych zabezpieczeń kredytu w postaci współwłasności samochodu czy też cesji na polisie AC.
Fizycznie wygląda to w ten sposób, że bank zostaje wbity w dowód rejestracyjny jako współwłaściciel w 49% i w razie niespłacania przez klienta kredytu ma możliwość przejąć własność i wystawić pojazd na licytację.
Cesja na autocasco powoduje powstanie decyzyjności po stronie banku w przypadku szkody całkowitej pojazdu – bank decyduje czy pieniądze od ubezpieczyciela zostaną przeznaczone na naprawę auta czy będą przekazane na spłatę kredytu.
Takie formy zabezpieczeń mogą odstraszyć potencjalnego klienta, ale z drugiej strony bank może zaproponować naprawdę dobre warunki kredytowania zakupu pojazdu.
Obecnie, przy rekordowo niskich stopach procentowych może nie jest to aż tak zauważalne, ale jeszcze 5-10 lat temu, gdy nominalne oprocentowanie kredytu gotówkowego przekraczało 20%, kredyt samochodowy z RSO na poziomie 6% robił różnicę. Wtedy mówiło się, że są to pieniądze prawie za darmo.

Kredyty celowe mogą bardzo różnić się poziomem dostępności – od takich samych warunków przy kredytach na wyprawkę szkolną do znacznie zawyżonych przy zakupie marek luksusowych.

Parametry kredytów

Każdy, kto choć raz widział umowę kredytową, wie, że jest ona pisana takim językiem, że 90% tekstu jest niezrozumiała.
Oczywiście zachęcam do czytania wszystkiego, co podpisujemy, ale z doświadczenia wiem, że klienci nie czytają umów w ogóle. Albo skupiają się tylko na kwocie kredytu, ilości rat i ich wysokości, albo ufają pracownikowi banku.
Drugie podejście całkowicie odradzam – nie dlatego, że doradcy bankowi podłożą nam do podpisu coś, czego nie chcemy (choć tak też się niestety dzieje), ale dlatego, że w ten sposób sami sobie strzelamy w kolano, bo później tak naprawdę pretensje możemy mieć tylko do siebie.
Przeczytałem? Nie. Podpisałem? Tak. Czyli tym samym potwierdziłem, że przeczytałem.

Oczywiście od każdej umowy można odstąpić, więc ostatecznie czytanie zapisków rodem z prawa bankowego możemy sobie zostawić na lekturę do poduszki po przyjściu do domu. Warto jednak przed złożeniem podpisów zwrócić uwagę na kilka najważniejszych parametrów.

Przykładowy fragment umowy może wyglądać następująco:


To na co najbardziej powinniśmy zwrócić uwagę:

1. Kwota kredytu netto – kwota, którą dostajemy do ręki (przelewem na konto), po odliczeniu ewentualnych prowizji/opłat przygotowawczych. Jeśli na umowie widnieje określona kwota (w tym przypadku 60 tys.), to nie dajmy sobie wmówić, że od tego bank jeszcze coś pobiera – może to być wyłudzenie ze strony pracownika.

2. Oprocentowanie nominalne – wysokość odsetek w skali roku. Jest to tzw. czyste oprocentowanie (bez prowizji, ubezpieczeń i innych opłat). Najczęściej niskim oprocentowaniem nominalnym banki chwalą się w reklamach, a jest ono tylko jednym z kosztów kredytu i wcale nie największym.
Koszt oprocentowania nominalnego liczy się jako: iloczyn jego wysokości, kwoty kapitału pozostałego do spłaty oraz długości okresu kredytowego – w tym przypadku umowa została podpisana na 8%, a bank ustalił rok jako 360 dni i miesiąc jako 30 dni (dla uproszczenia obliczeń).
Gdy 8% podzielimy przez 12 miesięcy, odsetki miesięczne wyniosą w przybliżeniu 0,67%. W pierwszym miesiącu płacimy odsetki od całej kwoty kredytu, więc 60 tys. x 0,67% = 402 zł. Gdy zapłacimy pierwszą ratę, kwota kapitału będzie już mniejsza, więc koszt odsetkowy raty również będzie nieco niższy, itd.
W powyższym przykładzie kwota naliczonych odsetek wynosi 15 777,12 zł.

3. Rzeczywista roczna stopa oprocentowania (RRSO) – w uproszczeniu jest to suma wszystkich możliwych kosztów kredytu podana w wartości procentowej w skali roku.
Może zawierać: oprocentowanie nominalne, wszelkie prowizje i opłaty, ubezpieczenia, a także wartość pieniądza w czasie i okres spłaty.
Przytoczony przykład pokazuje jednak, że RRSO również nie jest wskaźnikiem idealnym – umowa została zawarta w ofercie bez prowizji za udzielenie i bez żadnego ubezpieczenia, jedynym kosztem więc są tylko odsetki. Czyli RRSO powinno przyjąć wartość 8%, a wynosi 8,31%. Skąd ta różnica?
Algorytm wyliczania RRSO dotyczy tzw. średniej kwoty zobowiązania, jaką dysponujesz przez cały okres kredytowania, a przecież przy spłacie kolejnych rat ulega ona zmianie, tj. przy pierwszej racie jesteśmy winni bankowi 60 tys. zł, przy ostatniej 0 zł, więc średnia powinna wynieść 30 tys. zł. Nie ma jednak takiej sytuacji, żebyśmy w okresie spłaty przez okres dłuższy niż jeden dzień, byli winni bankowi 0 zł (wtedy kredyt zostaje zamknięty), więc w rzeczywistości ta średnia wyniesie trochę ponad 30 tys. zł. Stąd RRSO w podanym przykładzie jest większe o 0,31%. Jest to całkowicie naturalne i wynika po prostu z zasad matematyki.

4. Całkowita kwota do zapłaty – moim zdaniem najważniejszy parametr kredytu. ZAWSZE powinien się znaleźć na umowie kredytowej, jeśli jednak go nie ma, zapytaj doradcę o jego wartość.
Jest to suma pożyczonego kapitału i WSZYSTKICH kosztów kredytu. Podzielenie całkowitej kwoty do zapłaty przez ilość rat musi dać wynik w postaci miesięcznej raty – jeśli tak nie jest, zapytaj o to doradcę. Odjęcie od tej wartości kwoty pieniędzy, którą pożyczamy da nam faktyczną wysokość kosztów, jakie musimy ponieść w złotówkach.
Jeśli więc procenty niewiele Ci mówią, masz możliwość porównania czy kredyt faktycznie jest tak tani, jakby to wynikało z reklamy banku.

5. Ilość rat oraz termin spłaty – jest to potwierdzenie tego, na jaki okres rozłożyliśmy spłatę zadłużenia oraz na który dzień miesiąca ustaliliśmy termin zapłaty raty.
Ponownie, jeśli pojawia się rozbieżność między tym, o co wnioskowałeś, a tym, co widnieje na umowie, zapytaj o to doradcę.
Co prawda, większość banków udostępnia możliwość późniejszej zmiany zarówno ilości rat jak i terminu spłaty, ale może się to wiązać z dodatkowymi opłatami oraz niepotrzebną papierologią.
Pamiętaj, że termin spłaty raty jest terminem granicznym, do którego pieniądze muszą zostać zaksięgowane na rachunku kredytowym banku. Żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji, jeśli nie dokonujemy wpłaty w oddziale banku, sugeruję dokonywanie wpłat odpowiednio wcześniej – jeśli jest to przelew bankowy min 1 dzień przed terminem, jeśli jest to przekaz pocztowy kilka dni przed.
Niestety zdarzały się przypadki, gdy oddziały poczty polskiej znajdujące się w niewielkich miejscowościach przesyłały pieniądze z przekazów z ponad tygodniowym opóźnieniem. Podobnie ma się sytuacja wszelkich agencji poboru opłat.
Dodatkowo warto ustalić termin spłaty na kilka dni po dniu otrzymywania wynagrodzenia – w przypadku jakichś przesunięć zawsze mamy wtedy zapas. Jeśli termin otrzymywania wynagrodzenia uległ zmianie, poinformuj o tym bank – żaden nie powinien tworzyć problemów z faktu przesunięcia terminu spłaty w takim przypadku.

6. Numer konta do spłaty – numer rachunku kredytowego, na który dokonujemy wpłat z tytułu spłaty zaciągniętego kredytu.
Najczęściej jest to indywidualny rachunek, nadawany oddzielnie dla każdego klienta. Dzięki temu nie ma konieczności wpisywania specjalnych treści w tytule przelewu – każda wpłata będzie traktowana jako spłata kredytu.
Może się zdarzyć, że na umowie będą podane dwa rachunki do spłaty, jeden do spłaty rat zgodnych z harmonogramem, drugi do dokonywania nadpłat i/lub całkowitej wcześniejszej spłaty kredytu. Jeśli tak jest, warto dodatkowo się upewnić, który rachunek do czego służy.
Po wprowadzeniu rekomendacji KNF, dotyczącej wcześniejszej spłaty kredytu, banki w większości zautomatyzowały proces dokonywania nadpłat na kredytach. Warto więc dopytać doradcę, jakie będą efekty wpłaty na ten drugi rachunek oraz jakie działania należy zgłosić do banku (np. czy po nadpłacie bank zmniejszy wysokość raty czy skróci okres spłaty, czy też ma nic nie robić, bo chcemy zapewnić sobie tzw. wakacje kredytowe w postaci nadpłaty, z której co miesiąc będzie pobierać się rata).

7. Wymagana spłata miesięczna – czyli wysokość miesięcznej raty. Analogicznie jak przy całkowitej kwocie do zapłaty, iloczyn wysokości raty i ich ilości musi dać sumę pożyczonego kapitału i wszystkich kosztów kredytu.
Warto przed podpisaniem umowy dokonać tych prostych obliczeń żeby mieć 100% pewność, że wszystko się zgadza i nie ma żadnych innych ukrytych kosztów lub błędów przy wprowadzaniu wniosku przez pracownika banku.

Nie zachęcam do tego, żeby na tym etapie kończyć czytanie umowy (w dalszej części można znaleźć wiele przydatnych informacji, stanowiących odpowiedzi na pytania „co będzie gdy..”), ale sugeruję, żeby w oddziale banku dobrze zweryfikować przynajmniej ww. parametry. Dzięki temu wychodząc z pieniędzmi mamy pewność, że nie przeoczyliśmy „gwiazdek” i drobnych druczków, a także wyeliminowaliśmy wszelkie nieetyczne zachowania po stronie pracownika banku lub po prostu jego pomyłki.

Oferty promocyjne

„Kredyt prostoliczony”, „Wszystko gra”, „Kredyt na miarę”, „Czarno na białym” – to tylko kilka z haseł w kampaniach promocyjnych kredytów proponowanych przez banki. Jak już pisałem wcześniej, kredyty są największym źródłem przychodowości banków, a więc najważniejszym produktem. Dlatego banki nie ustają w działaniach na rzecz pozyskiwania klienta kredytowego i prześcigają w walce o miano najlepszego, czyli najtańszego kredytu. Ale czy na pewno?

Najczęściej w hasłach reklamowych wykorzystywane są dwa parametry: oprocentowanie i prowizja. Przeważnie albo pierwsze jest „atrakcyjnie niskie”, albo drugiego jest zerowe, lub też występuje ich kombinacja.
Jednak przy obecnych stopach procentowych (maksymalnie 10% w skali roku) banki tak naprawdę nie mają czym walczyć, więc większość reklam opiera się na zagraniach czysto psychologicznych. W przypadku prowizji zakres jest zdecydowanie większy: od 0% do nawet 25% od wartości netto kredytu.
Na szczęście odpowiednie ustawy regulują maksymalną wysokość łącznych kosztów pozaodsetkowych, ale w związku z tym, że każdy kij ma dwa końce, banki nauczyły się odwracać to ograniczenie na swoją korzyść. Aktualnie maksymalna wysokość kosztów pozaodsetkowych (prowizji, opłat, ubezpieczenia itp.) nie może przekroczyć: 25% kredytu (część stała) oraz 30% wartości kredytu w skali roku (część zmienna, zależna od czasu trwania umowy). Przykładowo, dla pożyczki 1000 zł na rok maksymalne koszty wyniosą 550zł (250 zł części stałej i 300 zł części zmiennej), na pół roku byłoby to 400 zł (250 zł części stałej i 150 zł zmiennej) itd.

To nadal bardzo dużo i zdecydowanie więcej niż 10% maksymalnych odsetek nominalnych.
Jeśli więc logicznie myśląc pożyczkodawca zarobi więcej na kosztach pozaodsetkowych, to czyste odsetki może sobie „odpuścić”. Efektem takich działań są reklamy kredytów z oprocentowaniem bliskim zeru lub też z tzw. stałym kosztem, np. 10 zł miesięcznie od 1000 zł. Brzmi niewiele, prawda? Z tym, że 10 zł miesięcznie od 1000 zł to RRSO wynoszące ok. 25%, w którym odsetki faktycznie stanowią mało, bo zwykle ok. 3-4% - reszta (ponad 20%) to prowizja i ubezpieczenie. A te już nie są tak ochoczo podawane do informacji publicznej, najczęściej znajdują się w stopce reklamy i oczywiście są wyświetlane drobnym drukiem i na tyle krótko, by klient nie zdążył wszystkiego przeczytać.

Ponadto, prowizja za udzielenie kredytu ma jeszcze jedną, ogromną przewagę nad kosztami, takimi jak odsetki i ubezpieczenie. Mianowicie, nie podlega zwrotowi w przypadku wcześniejszej spłaty.
Tym sposobem bank od razu zabezpiecza przychód z udzielonego kredytu – nawet jeśli klient dokona całkowitej spłaty po kilku miesiącach (np. przeniesie kredyt do innego banku), bank co prawda będzie musiał pomniejszyć kwotę o odsetki i ubezpieczenie od rat spłacanych przed czasem, ale klient i tak zapłaci całą kwotę prowizji za udzielenie.

Przykład:

Kwota kredytu: 10.000 zł
Oprocentowanie nominalne: 4%
Prowizja za udzielenie: 20%
Okres kredytu: 12 rat

Przy takich założeniach koszty odsetkowe wynoszą 400 zł, a pozaodsetkowe 2 tys. zł – razem 2400 zł.

Załóżmy, że klient spłaca kredyt po 3 miesiącach, a odsetki rozłożone są równo do każdej raty (ok. 33 zł). 
W związku z wcześniejszą spłatą, bank umarza odsetki od 9 rat, czyli kwotę 297 zł. Jednak odsetki od 3 pierwszych rat zostały już zapłacone. Tym samym, pomimo tego, że klient spłacił kredyt 75% czasu wcześniej, łączna kwota kosztów wyniosła 2099 zł (2000 zł prowizji + 99 zł odsetek z 3 rat), co stanowi 87% łącznego kosztu udzielonego kredytu ( 2099 zł / 2400 zł).
Jakby tego było mało, odsetki najczęściej nie są rozłożone równomiernie, a malejąco. To znaczy, że w pierwszych ratach klient w większości spłaca odsetki, a nie kapitał (czasem nawet zaczynając od proporcji 75/25), a wartości te zrównują się gdzieś dopiero w okolicach połowy okresu spłaty.
Dla uproszczenia wyliczeń kredyt z przykładu był nieubezpieczony, warto dodać więc, że koszt ubezpieczenia i jego ewentualne umorzenie (lub zwrot) przy wcześniejszej spłacie jest liczony podobnie jak część odsetkowa.

Takie rozłożenie kosztów daje bankowi pewność, że nawet gdy kredyt zostanie szybko spłacony, niewiele na tym straci – poza brakiem spłaty, cokolwiek się wydarzy i tak wychodzi na swoje.

Brać czy nie brać?

Opcja „życie na kredycie” jest bardzo popularna nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie. W krajach tzw. rozwiniętych, jak np. USA, jest tak daleko posunięta, że znane z polskich realiów konta osobiste i wydawane do nich karty praktycznie nie istnieją – tam wszyscy płacą kartami kredytowymi, które są wydawane często od ręki z wysokimi limitami praktycznie w każdej sieci sklepów.
Na pewno każdy z nas widział w amerykańskich filmach, jak głównemu bohaterowi rozwija się z portfela harmonijka plastików w takiej ilości, że sięga do ziemi. Może i jest to przerysowane, ale faktem jest, że za zakupy płaci się faktycznie z kredytu.
Na naszym podwórku kredytówki nie cieszą się dobrą sławą, więc pewnie do tego nie dojdzie, ale jeśli chodzi o kredyty konsumpcyjne, sytuacja nie wygląda już tak różowo.
Polacy zadłużeni są na grube miliony i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przeważająca większość tych kredytów została zaciągnięta na konsumpcję. Pół biedy, gdyby były to pieniądze przeznaczone na remont mieszkania. Jestem w stanie zrozumieć kredytowanie zakupu samochodu, jeśli naprawdę jest to konieczne.
Niestety, często też byłem w sytuacji, gdy udzielałem pożyczek na cele związane ze procesem leczenia czy rehabilitacji (pozdrowienia dla NFZ..).
Ale zadłużanie się na rok lub więcej w celu spędzenia 7 dni w Egipcie, zakup 50 calowego telewizora czy wyprawienie na bogato przyjęcia urodzinowego dla członka rodziny (o innych okazjach nie wspominając), mogę już tylko nazwać czystą głupotą. I wiem, że znajdzie się mnóstwo osób, które stwierdzą, że bez kredytów to niczego by nie mieli i na nic by ich stać nie było. Serio? A miesięczną ratę z czego płacicie? Oby nie z innego kredytu..

Temat kredytowania się pozostawiam do indywidualnej oceny. Każdy ma prawo się zadłużać, tak samo jak każdy ma prawo z tym walczyć.
Jednak zanim sięgniesz po łatwy, szybki kredyt przeczytaj raz jeszcze to, co napisałem powyżej i zastanów się dwa razy czy na pewno nie ma innej możliwości i te pieniądze naprawdę są Ci potrzebne.


Artykuł ten jest ostatnim z cyklu. Mam nadzieję, że treści które tu zawarłem są dla Ciebie wartościowe i pomogą w Twoim codziennym kontakcie z instytucjami bankowymi.
Jestem przekonany, że zdobycie tej wiedzy da Ci komfort w podejmowaniu decyzji finansowych i uchroni przed marketingowymi chwytami banków lub nieetycznymi zachowaniami doradców.

Spis wszystkich artykułów cyklu znajdziesz na stronie „bankowe ABC”.

Jeśli jesteś zainteresowany rozwinięciem któregoś z obszarów lub masz pytania czy uwagi, daj mi proszę o tym znać w komentarzu lub poprzez stronę Kontakt.

Zapraszam również do innych artykułów :)

Komentarze