Oda do zakupów, czyli nie wszystko w konsumpcjonizmie jest złe



„Fajnie, że kiedyś byłem konsumpcyjny – uśmiechnął się do swoich myśli, płucząc perfekcyjnie naostrzone przed chwilą noże kuchenne - teraz szkoda by mi było na to pieniędzy.”

Za każdym razem uśmiecham się do siebie, kiedy ta myśl do mnie wraca. Również za każdym razem kolejną myślą, jaka pojawia mi się w głowie jest: czy konsumpcjonizm zawsze jest czymś złym?

Powyższa sytuacja jest prawdziwa. A ponieważ mój mózg lubi powtarzać te same skojarzenia przy tych samych sytuacjach, myśl o konsumpcjonizmie faktycznie powraca do mnie regularnie, gdy tylko wyciągam ostrzałkę do noży z szuflady. Wiem, że może brzmi to śmiesznie, ale co zrobić ;)
Wyżej wymieniona myśl dotyczy kompletu noży Sabatier, który kupiłem kilka lat temu w jednej z sieci hipermarketów. Sieć oferowała znaczne zniżki na produkty tej firmy w zamian za uzbierane znaczki, które otrzymywało się robiąc u nich zakupy. Osobiście miałem nie po drodze do tego sklepu, lecz moja rodzina często tam chodziła, więc siłą rzeczy uzbierała się całkiem pokaźna liczba znaczków. Pomimo tych zniżek cena produktów była nadal dość wysoka, ale szkoda było nie skorzystać, tym bardziej, że cierpiałem wtedy na niedobór dobrych jakościowo akcesoriów kuchennych.

Problem powstał przy decyzji o kupnie ostrzałki. Jakoś nie widziałem możliwości ostrzenia dobrych noży zwykła szarą osełką, która sypie się przy każdym przeciągnięciu ostrza, ale też jej cena była zdecydowanie wyższa – mógłbym kupić za nią 2-3 inne noże. Pewnie gdybym wtedy jej nie kupił, teraz bym tego nie pisał ;)

Czy jestem zadowolony z produktów? Pewnie! Mam noże, których prawdopodobnie będę używał do śmierci. Długo zachowują ostrość, dobrze leżą w dłoni, są solidne i ładnie wyglądają.
Zaznaczam, że nie jest to ukryty artykuł sponsorowany – Sabatier (ani inne firmy wymienione w tym artykule) nie płaci mi za to, że chwalę jego produkty. A szkoda :)

Wracając do tematu, pewnie nie kupiłbym wtedy tych noży, gdyby nie akcja marketu. Można więc powiedzieć, że padłem ofiarą marketingu, a więc i konsumpcjonizmu. Jednak nie czuję się ofiarą, bo naprawdę korzystam z produktu.
Z drugiej strony - czy teraz, w takiej sytuacji życiowej w jakiej jestem, wydałbym tyle pieniędzy na kilka noży i ostrzałkę? Zdecydowanie nie. Wolałbym przeznaczyć tą kwotę na zupełnie inny cel związany z moimi długoterminowymi planami.
Granica między potrzebą a zachcianką czasem bywa bardzo cienka i nie sposób jednoznacznie określić czy dana rzecz naprawdę jest nam potrzeba i warto wydać na nią pieniądze, czy to tylko jakiś impuls zakupowy, który minie z czasem.

Trudną w ocenie może być także sytuacja, kiedy produkt kupiony jako ewidentna zachcianka z czasem dojrzewa do produktu niezbędnego na co dzień.
2,5 roku temu kupiłem sobie telefon. Był to świeżo wypuszczony na rynek Note 4 i jak to zwykle bywa w nowych flagowych produktach Samsunga, cena była z kosmosu. Jednak tak „napaliłem się” na ten telefon, że bez chwili zawahania wsiadłem w auto, pojechałem do sklepu i wyciągnąłem pieniądze z portfela. Nie powiem, że nie zabolało po kieszeni, ale mina sprzedawcy zaskoczonego, że kupuję za gotówkę, a nie na raty - była bezcenna ;)
Dziś nie jestem z tego dumny, ale wtedy czułem się dowartościowany. W środowisku, w którym przebywałem, czułem pewną formę prestiżu z powodu posiadania takiego, a nie innego modelu. Wiem, to głupie, ale minęło trochę czasu zanim to zrozumiałem.

Problem w tym, że równolegle coraz bardziej utwierdzałem się w tym, że jednak cena zakupu była dobrze wydanymi pieniędzmi - nigdy nie byłem tak zadowolony z telefonu. Używam go praktycznie bez przerwy, zastępuje mi telewizor, tablet, komputer, notatnik, aparat itp. i nigdy nie miałem z nim żadnych problemów technicznych.
Co więcej, ponieważ leci już trzeci rok jego używania, a wiem jaka jest trwałość dzisiejszej elektroniki, zaczynam się zastanawiać, co zrobię, jak w końcu mi odmówi posłuszeństwa? Jest dla mnie idealny, żaden inny smartfon tak dobrze „nie leży mi w dłoni”. Nie potrzebuję też żadnych nowszych technologii, oprogramowania itp. W zupełności wystarczy mi to, co oferuje to urządzenie. Prawdopodobnie nie wykorzystuję nawet wszystkich jego funkcjonalności.

W ten sposób czysty kaprys zakupowy stał się dobrym zakupem.

Czy teraz zrobiłbym tak samo i wydał kilka tysięcy na rzecz typu telefon? Nie, bo (ponownie) mam inne cele. Ale jednak cieszę się, że go kupiłem i mimo wszystko nie żałuję wydanych pieniędzy.

Sięgając pamięcią jeszcze dalej, przychodzi mi do głowy inny przykład, a w zasadzie trzy przykłady.
Jestem fanem uniwersum Sapkowskiego, czyli wiedźmińskich opowiadań, a także.. gier.
Gdy wyszła pierwsza część na PC, czyli ok. 10 lat temu, byłem szczęśliwym posiadaczem studenckiego laptopa. Studenckiego = brak karty graficznej, która uciągnęłaby pierwszego Wieśka. Co więc zrobiłem? Pojechałem do sklepu po komputer stacjonarny.
Gdy 4 lata później wyszła druga cześć Wiedźmina, mój sprzęt wystarczał jedynie na odpalenie gry – o czerpaniu z niej przyjemności nie było mowy, gdy prędkość spadała poniżej 10 klatek na sekundę. Nie było wyjścia, musiałem wymienić podzespoły.
Trzecia cześć sagi wyszła w 2015 roku. Wszyscy gracze wiedzą, jak bardzo była „sprzętożerna”. Wymagania były znane już dużo wcześniej, a premiera notorycznie przesuwana, więc postanowiłem wyszukać odpowiedni sprzęt wcześniej i czekać na dobre oferty. Wyczekałem. Ze względu na dużą potrzebę mobilności (i brak biurka w mieszkaniu) zdecydowałem się na laptop dla graczy. Asus z limitowanej serii Republic of Gamers naprawdę robił wrażenie samym wyglądem, nie mówiąc o parametrach. Był idealny ;)

Dziś już nie gram. Trochę ze względu na brak czasu (ponownie wspomnę o innych celach), trochę ze względu na brak sprzętu (pozostał tylko laptop typu maszyna do pisania), trochę też dlatego, że przestało mnie to aż tak kręcić, jak kiedyś.
Nie zliczę jednak, ile godzin radości dały mi wszystkie części Wiedźmina czy innych gier, których mogłem spróbować dzięki kolejnym upgrade’om sprzętu.
Czy były to wydatki niezbędne do życia? Oczywiście, że nie – spokojnie można nazwać je konsumpcjonizmem, ale niezaprzeczalnym faktem jest to, że stanowiły spory udział w moich potrzebach dostarczania rozrywki. Nie samym chlebem człowiek żyje :)
Pewnie mógłbym odszukać w pamięci jeszcze wiele takich przykładów, gdy wydawałem spore pieniądze na coś, co może było kaprysem, może zakupem w emocjach, a może czymś, co potrzebowałem, ale jednak dużo przepłaciłem.
I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że czasem wydajemy na to wszystko pieniądze, których nie mamy. Kupujemy rzeczy na które nas nie stać, ale jednak kupujemy, bo (z różnych powodów) musimy je mieć.

Na temat konsumpcjonizmu można by rozmawiać bez końca. Żyjemy w takich, a nie innych czasach i czy nam się to podoba, czy nie i tak od niego nie uciekniemy – musimy konsumować.
Faktem jest również to, że przeważnie droższe rzeczy są rzeczami lepszymi jakościowo i starczają nam na dłużej. A mało kto z nas zarabia tyle, żeby było go stać na wszystko. Mamy więc do wyboru dwie opcje: czy kupić taniej i resztę odłożyć, czy jednak dołożyć do droższego (lepszego) i nie odłożyć nic.

Ktoś kiedyś powiedział: „nie stać mnie na kupowanie tanich rzeczy” i jest w tym dużo prawdy.
Nie raz się przejechałem na tym, że chciałem przyoszczędzić na zakupie jakiegoś produktu i niestety musiałem kupować drugi raz, bo pierwszy zakup nie spełnił oczekiwań lub szybko się zepsuł.

Ale czy to już jest ten zły konsumpcjonizm? Czy wydawanie większych pieniędzy na lepsze produkty jest złe?
Wracając do moich doświadczeń, gdyby nie to, że nie było mi szkoda wydać więcej nie miałbym dobrych noży, dobrego telefonu czy miłych wspomnień z zarwanych nocy z twarzą w ekranie komputera. A tych ostatnich nikt mi nie zabierze.

Czy więc konsumpcjonizm jest aż tak zły? Czy to, że wydajemy pieniądze na rzeczy, które dają nam radość lub są regularnie użytkowane jest błędem?
Całkiem spora grupa osób próbuje wmówić nam, że tak, lecz ja się z tym nie zgadzam.

Pomimo tego, że preferuję styl życia oparty na minimalizowaniu kosztów stałych, rozsądnym wydawaniu pieniędzy, szukania zniżek i okazji oraz systematycznego oszczędzania, budowania poduszki finansowej, a następnie inwestowania, uważam, że przejście z hiperkonsumpcjonizmu w którym żyjemy do skrajnego odmawiania sobie wszystkiego jest rodzajem popadania z jednej choroby w drugą. Wszystkie dobra, które są produkowane i sprzedawane, są dla ludzi, więc dlaczego z nich nie korzystać? Oczywiście z umiarem i rozsądkiem.
Pytaniem pozostaje: gdzie ten umiar i rozsądek się kończy i jak nie przekroczyć granicy?

Jak zapewne zauważyłeś przy wymienionych przeze mnie przykładach z życia, czasem nie jest to łatwe, ale jest proste rozwiązanie, które może ułatwić nam podjęcie decyzji – prowadzenie budżetu domowego i planowanie wydatków.


Jak to działa?

Jeżeli spisujemy regularnie swoje koszty stałe i inne wydatki, wiemy dokładnie na co przeznaczamy zarobione przez nas pieniądze, a tym samym mamy możliwość zmniejszenia tych kategorii, które w naszej ocenie są zbyt wysokie.
Dzięki temu co miesiąc zostają nam wolne środki, które możemy przeznaczyć na dowolne cele. Oczywiście polecam najpierw budowanie poduszki finansowej, czyli np. równowartości 6 miesięcznych zarobków, po to, aby czuć się bezpiecznie w razie nieprzewidzianych zdarzeń.

Oszczędności możemy też dzielić na „kieszonki”.
Jeżeli marzy nam się jakiś towar, ale nie jesteśmy pewni czy naprawdę go potrzebujemy, czy to tylko kaprys – stwórzmy dla niego taką kieszonkę (np. konto oszczędnościowe przy rachunku głównym, albo zwyczajną kopertę w szufladzie, choć zdecydowanie polecam to pierwsze), wyznaczmy kwotę, którą będziemy tam co miesiąc wrzucać i tym samym określmy czas, jaki dajemy sobie na uzbieranie całej kwoty. Jeżeli wytrwamy w postanowieniu i uzbieramy odpowiednią kwotę, nagrodźmy się i nie miejmy wyrzutów, że wydajemy pieniądze. Jeśli w trakcie zbierania nasz zapał osłabnie, to znak, że jednak aż tak bardzo nie zależało nam na danym produkcie.

Tym sposobem możemy mieć rzeczy, które mogą wydawać się jedynie tworem konsumpcjonizmu, a jednocześnie tworzyć nawyk myślenia przed zakupem i zdrowego podejścia do tematu.
Poza tym, takie podejście również minimalizuje sytuację, gdy zadłużamy się na konsumpcję, co jest największą głupotą, jaką można popełnić – wiem to z autopsji.

Lubimy luksus – nie uwierzę, jeśli ktoś zaprzeczy. Lubimy rzeczy dobre jakościowo: telewizor o wysokiej rozdzielczości obrazu i dużej przekątnej, telefon robiący zdjęcia jakości niezłego kompaktu, komputer na którym pójdzie każda najnowsza gra na pełnych detalach, lodówki nofrost z kostkarką lodu, pralki ecobubble, samochody z taką ilością wspomagającej elektroniki, że długość położonych kabli mierzona jest w kilometrach, czy po prostu bardzo dobrą szkocką :).
Lubimy konsumować dobre produkty i na 99% każdy, jeśli tylko mógłby sobie na to pozwolić, kupowałby te z najwyższej półki i żył na wysokim poziomie.
Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i nie ma w tym nic złego. Konsumpcjonizm nie jest zły, jeśli konsumujemy z głową, czyli na miarę naszych możliwości. Nie pracujemy przecież tylko po to, żeby do śmierci gromadzić pieniądze, ale po to, żeby cieszyć się z możliwości, które dają.

Więc pracuj, zarabiaj, gromadź, inwestuj i wydawaj – stać Cię na to ;)

Komentarze

  1. Łatwo się mówi, ciężej realizuje takie zadania - szczególnie gdy jesteśmy postawieni decyzji tu i teraz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nikt nie mówił, że będzie lekko ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz